Marka Tony Moly jest dość znana ze swoich słodkich opakowań w różnych kształtach. Tego produktu jak na razie nie znajdziecie w Sephorze. A nawet jeśli kiedyś się pojawi, wiele osób może przejść obok niego obojętnie, ponieważ wyglądem daleko mu do kształtnego kuzynostwa.

Seria Tony Lab jest całkiem spora i, oprócz recenzowanego przeze mnie serum, można w niej znaleźć plasterki, piankę, emulsję, toner oraz krem punktowy. Niektóre są też dostępne w wersji wybielającej.

Produkt zamówiłam w listopadzie, ale dzięki odlewce poznaliśmy się wcześniej. Gdyby nie ona, to podejrzewam, że nigdy nie skusiłabym się na to serum. Nie sądziłam, że na mojej cerze może faktycznie coś zdziałać. :D



Serum zamknięte jest w niebieskiej buteleczce z pompką, która nigdy nie sprawiła mi problemu. Pojemność to 55 ml, ale jest naprawdę wydajne. Na pokrycie całej twarzy wystarczy mi jedna bądź półtorej pompki. Najbardziej lubię opakowania, które pozwalają mi kontrolować zużycie produktu. Akurat na tych zdjęciach nie widać. Próbując zrobić zdjęcia ustawiałam buteleczkę na różne sposoby i produkt osiadł na ściankach. :D Na eBayu można go dostać za około 45 złotych.


Czas nałożyć krem do rąk...

No i przechodzimy do najważniejszego, czyli działania. Produkt ma odżywiać, nawilżać i działać na niedoskonałości powstałe przez negatywny wpływ zewnętrznych czynników. Jak wiadomo serum w koreańskiej pielęgnacji stanowi jedynie element. Łączyłam go z różnymi produktami, czasem nawet wylądował w porannej pielęgnacji. U mnie się sprawdził bardzo dobrze, chociaż wolę stosować je wieczorem.
Dodatkowo zmniejszył ilość wyskakujących przykrych niespodzianek, zwłaszcza na początku. Poleciła mi go osoba, której rzadko coś wyskoczy i wtedy serum faktycznie przyśpieszało gojenie.



Z rodziny TonyMoly chciałabym wypróbować Tomatoxa. Ale na razie ten produkt jest gdzieś daleko na mojej wishliście. :)
Może możecie polecić coś innego z tej firmy? 
Pozdrawiam,
Szczera Marchewka
Z racji tego, że rok już powoli się kończy, przyszedł czas na podsumowanie mojej pielęgnacji w 2016 roku. Czas na rachunek sumienia i portfela. :D Zabiorę Was w krótką podróż podczas której dowiecie się jak skończyły się zmagania z problemami skórnymi. 

Po co ci tyle kosmetyków? Już się nie mieszczą! Ile na to wszystko wydałaś pieniędzy? Nie szkoda ci na takie bzdety wydawać tyle kasy? Od nadmiaru kosmetyków jeszcze więcej ci tego wyskoczy...

Początek 2016 roku upłynął mi pod znakiem powyższych pytań. Jak się ma wśród znajomych takiego kosmetycznego grumpy cata to już w ogóle szał. 

Mimo że już w 2015 roku poczyniłam nieśmiałe podejścia do koreańskiej pielęgnacji, to właśnie na ten nam upływający przypadła prawdziwa erupcja. Ostatni raz odwiedziłam dermatologa właśnie w 2015, na drugiej wizycie nieśmiało sugerując szanownej pani podarowanie mi skierowania na badania. A dokładniej marzy mi się posiew. Stwierdziła, że nie potrzeba. Trądzik ma tylko jedną postać i leczy się go wybranymi na chybił-trafił specyfikami. Recepty nie zrealizowałam, przepisany wcześniej palący Duac wyrzuciłam do kosza. Plan był taki - jak przez dwa lata sama nie poprawię stanu mojej skóry to idę po witaminę A! 
Niestety nie mam zdjęć ze stycznia. Ale wyglądało to mniej więcej tak:



Krosta przy kroście, cysta, cysta tam, a w roli wisienki na torcie masakryczne przetłuszczanie i wągry. Codziennie coś nowego wyskakiwało, mimo że wystrzegałam się alergenów. 

W tym roku dbałam o skórę naprawdę-naprawdę. Nie było lenienia się, nawet w stanie bardzo nietrzeźwym udało mi się wykonać odpowiedni demakijaż, który stanowi podstawę w przypadku takiej cery. Pielęgnacja ograniczyła się z tego pamiętam tylko do toniku, ale to był: a) jeden raz, b) skóra mi wybaczyła. :D W połowie roku kupiłam swój pierwszy tonik. Pielęgnacja z użyciem tego specyfiku jednak jest o niebo lepsza!


 

No i najważniejsze - skupiłam się przede wszystkim na nawilżaniu. Leczenie dermatologiczne bywa wysuszające dla skóry. Miałam rok temu nawet epizod, gdy używałam La Roch Posay'e i inne apteczne wysuszacze, które, obiecując nawilżoną oazę na pustyni, powodowały istną Saharę. Samo to spowodowało polepszenie stanu skóry.

Moim świętym Graalem okazał się tutaj ślimak. Towarzyszył mi już w postaci kremu BB, co też miało wpływ na kondycję skóry. Marzy mi się ampułka od Mizona. Na K-Beauty dostałam próbkę, która starczyła na dwa razy. Od około dwóch tygodni używam ich kremu ze ślimorkiem. Fajnie, ale na noc w zimę chyba mi nie pasi. Z kolei na dzień - cudo.



Dzięki Charlotte Cho sięgnęłam po BHA Power Liquid od Cosrx. Efekt po pierwszym użyciu dla mojej zanieczyszczonej skóry - WOW. Bukiety podskórnych wągierków zostały zmniejszone. Niby na początku nie była to duża zmiana, ale dla kogoś, kto codziennie widzi stan skóry w lustrze, zmiana była zauważalna. 



To jest w sumie jedynie porównanie jakie mam. W gorszym czasie unikałam zdjęć pokazujących jak bardzo źle wyglądała moja skóra, więc mam jednie ten kawałek czoła. :D Ale wyobraźcie sobie, że reszta wyglądała gorzej. 

Używam co raz lżejszych kremów BB, ponieważ już nie potrzebuję takiego krycia. Nadal muszę uważać na to, czego używam i co jem (w końcu liczy się też jedzenie!). W końcu nikt mi nie jęczy na widok arsenału kosmetyków. Od rodziny i znajomych słyszę, że widać różnicę. W czerwcu miałam przyjemność chwilę porozmawiać z Charlotte i po moim stwierdzeniu, że prawie dziesięć lat zmagam się z trądzikiem, odpowiedziała, że mam przecież ładną skórę. Po części wiem, że była miła, ale tego typu komplementy sprawiają, że nadal walczę. 

Mam cichą nadzieję, że geny się odezwą i niedługo problemy z cerą znikną same z siebie, jak to było u mojej mamy. Jak się okaże, że w pakiecie dostałam od niej tylko trądzik, a nie mniejszą tendencję do zmarszczek, to się zdenerwuję. :I

W następnym poście przygotuję zbiorczą recenzję produktów, które pomogły mi poprawić stan skóry. :D

Jak Wasze skóry się miały podczas 2016 roku? Macie produkty, które przyczyniły się do ich poprawy?:)

Pozdrawiam, 
Szczera Marchewka

Dzisiejszy post został napisany we współpracy portalem KobiecePorady.pl



Przez tę przerwę nazbierało mi się trochę produktów do zrecenzowania. :D Tym razem padło na krem BB od Mizona. Zakupiłam go pod koniec marca w RubiShop i od razu przystąpiłam do testów.

Używałam go na wiosnę, w czasie lata i na jesieni. Końca nie widać (nie żebym miała supermoc widzenia przez opakowanie), więc jest szansa, że dobijemy do zimy. Na wiosnę i jesień sprawdził się na 5+ u mnie. Gdy temperatury zaczynają się robić co raz wyższe używałam pod ten krem BB żelu. Teraz, zauważywszy pierwszy śnieg, stosuję kremy. Jedynie miałam małe zastrzeżenie w czasie wysokich temperatur (ok. 30 stopni), ale znam tylko jeden produkt, który u mnie wytrzymuje. :D

Trwałość nadruków na tuce to taka solidna trója. Za około 70 złotych otrzymujemy 50 ml kremu BB ze ślimakiem na pierwszym miejscu w składzie. Ze względu na to, że jest go całkiem sporo, polecam najpierw upewnić jaki efekt wywołuje u nas ślimak. Może się zdarzyć, że skóra nie toleruje go najlepiej.

Co nam obiecuje sprzedawca:

Przed zakupem czytałam opinie, że współpracuje tylko z żelem ślimaczym od Mizona. Na szczęście nie zniechęciło mnie to. :D  Odniosłam wrażenie, że dobrze wyglądał ze wszystkim, co używałam (chyba nawet zdarzyło mi się raz po umyciu twarzy użyć tylko tonera i na to dać BB, ale to było jeszcze w okresie, gdy słońce nie chowało się po 16).

Wydaje mi się, że kolor jest gdzieś pomiędzy Green a Orange od Skin79. Główna różnica jest taka, że produkt od Mizona jest lżejszy i słabiej kryje. Konsystencja dość tępa, więc, jeśli nakładamy palcami, warto zadbać o dobre nawilżenie, aby ładnie sunęły po skórze. :D Ma lekki zapach, który nie utrzymuje się długo na skórze. 

Trwałość określiłabym jako średnią. Stosunkowo łatwo schodzi na nosa czy z brody. Zwłaszcza to drugie, gdy chodzę owinięta szalikiem. Staram się, żeby materiał nie dotykał brody, ale i tak niewiele to daje. :( Na reszcie daje radę. Na mojej mieszanej cerze nie sprawdził się w lato. Bardzo łatwo się ważył. Teraz na szczęście już mi tego nie robi, bo byśmy się na siebie pogniewali. :D 




Myślę, że po zużyciu tej tubki, kiedyś ponownie się spotkamy, ale raczej czasie chłodniejszych temperatur. No i zdecydowanie nie od razu po lecie, ponieważ, chcąc nie chcąc, coś się opalę i wtedy staje się za jasny. Wystawiłabym mu 9/10. Tłuste, mieszane i normalne buzie powinny być zadowolone. Nie sprawdzi się u osób, które lubią mocne krycie.

Znacie ten krem BB? Rozglądam się za jakimś CC, który nie miałby wysokiej ceny na eBay'u. Macie coś godnego polecenia? :D

Pozdrawiam,
Szczera Marchewka



Część mojego ostatniego zamówienia. 


Ostatnio zakupy kosmetyczne robię raz na parę miesięcy. Przy czym od razu zamawiam większą ilość produktów. Dotychczas zrobiłam pięć zamówień, jeśli chodzi szampony naturalne (a tylko takich używam). A z tytułu posta można wywnioskować, że już raczej nie zdecyduję się na zakupy w Skarbach Syberii.

Zamówienie złożyłam 7 sierpnia (niedziela) i od razu wysłałam płatność przelewem bankowym. O ile zawsze dostaję powiadomienie o oczekiwanej płatności za zamówienie niemal od razu, o tyle tutaj musiałam czekać dwa dni. Trzy na wpłynięcie płatności. Zawsze mam tego stracha czy może niczego nie pomyliłam przy wpisywaniu danych. Tylko ja tak mam?xD

Po tygodniu oczekiwania zaczęłam się niecierpliwić i zajrzałam na stronę sklepu na Facebooku. I zaczęłam żałować, że zrobiłam to dopiero wtedy. Post z 13 lipca głosił o przenosinach magazynu. W miesiąc powinni byli się uwinąć, ale komentarze niezadowolonych klientów, którzy nadal czekali na zamówienia z tamtego okresu, świadczyły o czymś innym.

Wysłany mail pozostał bez odzewu. Z tego co czytałam, nie tylko mój. Dopiero gdy 29.08 wysyłałam im wiadomość na Facebook'u (przesyłki z dnia, w którym zamówiłam, dotarły do właścicieli...), dwa dni później (środa) sprawa się wyjaśniła. Czekali na dwa szampony, które zamówiłam, bo wprowadzili złą ilość do systemu. Mieli wysłać paczkę 2.09, wysłali 5. 

Zachowanie było delikatnie mówiąc niewłaściwe. Przede wszystkim nie każdy ma Facebooka. Wiadomość o niewysyłaniu paczek przez jakiś czas powinna być umieszczona na stronie sklepu. Rozumiem, że czas to pieniądz, ale podejrzewam, że utracili wielu klientów. W przypadku takiego błędu oczekiwałabym chociaż krótkiej informacji, że trzeba będzie poczekać na dostawę. 

Także było to moje ostatnie zamówienie w tym sklepie. Faktycznie mają dość konkurencyjne ceny, ale wolę zapłacić odrobinę więcej i mieć pewność, że paczka do mnie dotrze i nie będę musiała czekać około miesiąca. 

Zainspirowana tą sytuacją, zacznę tworzyć na blogu krótkie opinie o sklepie. Na razie zakładka świeci pustkami, ale z czasem się zapełni. :D

Znacie ten sklep? I czy przede wszystkim możecie mi polecić jakiegoś sprzedawcę naturalnych kosmetyków? :(

Pozdrawiam,
Szczera Marchewka
Odkąd Tony Moly zawitała do Sephory, marka stała się bardziej znana w Polsce. Mimo że oferuje tylko kilka produktów,  na pewno są osoby, które nigdy nie miały do czynienia z koreańskimi kosmetykami, ale skusiły się dzięki opakowaniom. Zamiast nudnego słoiczka, który oferują europejskie marki, mamy pandę czy jajeczko. 

Gdy Pokemony przeżywają drugą młodość na naszych smartphonach, kwestią czasu było rozpoczęcie współpracy z jakąś koreańską marką. I padło na Tony Moly. Podejrzewam, że pozostają nam zakupy przez Internet, ale i tak jest na co popatrzeć. :D

Co do oferowanych produktów, na razie nie ma zbyt dużej ilości informacji. Kremy do rąk, pianki do mycia twarzy i zapewne cushiony, chociaż ciężko stwierdzić. Nie pozostaje czekać. :D Niedługo powinna zalać nas instagramowa fala tej kolaboracji.


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Kristine Watco (@tineyeorr)








Pozdrawiam, 
Szczera Marchewka


Wizyta u kosmetyczki była impulsem do zakupu żelu aloesowego. Ktoś, kto widział moją szafkę z kosmetykami mógłby zauważyć, że przecież mam już taki. Nie sięgam dna, więc dlaczego zdecydowałam się na ten zakup?

Aloes z apteki przywędrował do mnie dzięki mamie. Gdy wyglądało na to, że koreański krem mnie zapycha, potrzebowałam na już czegoś nawilżającego. Poprosiłam ją o zakupienie w aptece żelu, ale tylko jakby zawierał powyżej 90% tego cuda. Po tym, gdy już dostałam go w swoje łapki, okazało się, że zawiera aż...60%. Różnica w użytkowaniu jest naprawdę spora. 

W każdym razie gdy kosmetyczka zapytała się mnie czy używam czegoś matującego, np. kremu, byłam zaskoczona. Okazało się, że moje pory nie wyglądały ładnie. Pomijając zanieczyszczenia, problem był inny. I był to gorszy poziom nieładności. Jaką radę dostałam? A-l-o-e.

Przez Internety przewijało się tyle zdjęć tego produktu od Skin79, więc dałam marce szansę na uratowanie mnie. No i może jeszcze parę rzeczy... Raz na ileś robię większe zakupy (od 10 czekam na wysyłkę kosmetyków. Z Polski), ale i tak przy przelewie trochę mnie ręka bolała. xD




Produkt otrzymujemy w plastikowym opakowaniu mieszczącym 300 g. Całość kosztuje nas 39.90 (50 w przypadku braku promocji) + koszty przesyłki. No chyba że mamy w okolicy Rossmanna, który oferuje to cudo. 

Opis ze strony:
Łagodzący żel aloesowy składa się w 99% z czystego aloesu pochodzącego

z wyspy Jeju (Dżedżu, najmniejszej prowincji Korei Południowej).

Czysty ekologicznie żel ma nieocenione właściwości pielęgnacyjne.

Działa kojąco na skórę wrażliwą i podrażnioną. Zapewnia długotrwałe nawilżenie

bez śladu tłustej warstwy.

Pobudza regenerację naskórka.

Przyjemnie pachnie.

Idealny dla każdego typu cery, od wrażliwej i suchej, po tłustą i trądzikową.

Można stosować do twarzy, ciała i włosów.

Najlepiej na nieco wilgotną skórę.


 Za moje apteczne paskudztwo zapłaciłam ok. 30 złotych za 100 gram. Już tutaj widać różnicę. Bez promocji Skin79 kosztuje nas 16 złotych za 100 g. A w dalszym porównaniu jest tylko gorzej.

Skin79 ma delikatny i przyjemny zapach. Nawet jeśli ktoś nie przepada za wonią aloesu, ten jest na tyle nieuciążliwy, także nie powinno być problemu. Paskuda woni chemicznymi cytrusami. W przypadku kolorystyki, wypada przy Soothing Gel po prostu żółto. Podczas gdy ten drugi jest przezroczysty. 

Oba mają być żelami. W przypadku konsystencji także 99% bije 60%. Z jednej strony ringu mamy obiecaną, a z drugiej bardzo rzadki żeluś. Rozwodniło go chyba te 39% różnicy. :D

W przypadku nawilżania, apteczny żel się nie spisywał. Skóra zachowywała się tak, jakbym nie uraczyła jej czymkolwiek. I gwoźdź programu - przy nałożeniu potem kremu BB, całość rolowała się. I to dość widocznie. Kciuk w dół. Skin79 to totalne przeciwieństwo. Idealny na dzień nawet dla mojej przetłuszczającej się skóry, sprawia, że te tępe bebiki rozprowadzają się jeszcze lepiej. Nie podrażania. Ba, łagodzi je. Mój poprzedni koreański aloes, przy nałożeniu grubszej warstwy, zostawiał na twarzy jakby taką nieprzyjemną powłoczkę. Tego mogę paciać ile wlezie. 



Plusem dla wrażliwców jest to, że 99% stanowi aloes. O ile nie macie uczulenia na ten składnik - nie powinno być problemu. Występuje mniejsze prawdopodobieństwo podrażnienia. I największy plus - przyśpiesza leczenie krostek, nawet, a może zwłaszcza, tych ropnych. 

Od jakiś dwóch miesięcy do mojego planu dołączyły treningi o większej intensywności. Także pot się leje i najbardziej ucierpiały plecy, zwłaszcza od kiedy zrobiło się bardzo ciepło. Wysypało mnie tam jak nigdy. :( Jedynie smaruję się właśnie Aloe Aqua Soothing Gel i widzę, że łagodzi kataklizm. 

Uff. Rozpisałam się za cały miesiąc nieobecności. :D Ostatnio cierpię na brak produktów, które mogłabym zrecenzować. Niektóre chcę przetestować na jesieni, może także w zimę. Wtedy dopiero będę przygotowana. 

Znacie ten produkt? A może macie innych aloesowych faworytów? Czekam na Waszych ulubieńców. :D

Pozdrawiam, 
Szczera Marchewka






Moje problemy z cerą ciągną się już naprawdę długo. Z czasem pielęgnacja stała się bardziej świadoma. Ale mimo to żałuję, że kilka lat temu nie było takiej ilość blogów o azjatyckiej pielęgnacji, łatwej dostępności do koreańskich kosmetyków w przystępnych cenach i książki Charlotte Cho.

Dermatolodzy oferowali masę produktów, które, pomijając mierne działanie, bardzo wysuszały skórę. Zdarzało mi się stosować całe linie aptecznych produktów i nawilżania nie było. Po tych wszystkich męczarniach, oprócz denerwującego trądziku, zyskałam w pakiecie przesuszoną skórę. Kto by się nie cieszył?

Odkąd zostałam uświadomiona w kwestii pielęgnacji, moim głównym punktem stało się nawilżanie skóry. Tylko same kremy nie zawsze się sprawdzają. Przyszedł czas na wyciągnięcie innej broni.

Swój egzemplarz 3 seconds starter w wersji z kwasem hialuronowym od Holika Holika nabyłam już parę ładnych miesięcy temu w sklepie My Asia. Aktualnie kosztuje prawie 68 złotych. Pamiętam, że była wtedy promocja, więc udało mi się go upolować trochę taniej. :) Opakowanie zawiera 150 ml produktu oraz posiada wygodną pompkę. Oprócz wariantu z kwasem hialuronowym, dostępne na rynku są wersje z kolagenem i z kompleksem witaminowym.

Opis produktu pochodzący ze strony My Asia:

Holika Holika Three Second Starter Hyaluronic Acid wysoko skoncentrowane serum o lekkiej żelowej konsystencji, które głęboko nawilża skórę.
  • Kosmetyk wygładza i ujądrnia cerę stymulując regenerację dzięki czemu skóra odzyskuję swoją naturalną równowagę
  • Produkt idealnie sprawdza się jako starter, który można stosować przed nałożeniem innych kosmetyków. Three Second Starter Hyaluronic Acid wzmaga wchłanianie składników aktywnych pochodzących z innych kosmetyków, nawilżona skóra jest jeszcze bardziej chłonna i efekt absorbcji z powierzchniowych warstw skóry jest zwiększony
  • Kwas Hialuronowy jest obecny w głębszych warstwach skóry (skóra właściwa). Pomaga w zachowaniu gładkości i wypełnia skórę nadając jej sprężystości. Poprzez swoją właściwość zatrzymywania wody w głębszych warstwach skóry kwas hialuronowy działa również przeciwzmarszkowo
 Główne składniki
  • Kwas hialuronowy - naturalny składnik skóry o ultranawilżającym działaniu, biorący aktywny udział w procesach poprawiających jędrność, elastyczność i napięcie skóry

Pierwsza myśl podczas użytkowania – czym są te 3 sekundy? Tyle trzeba masować produkt? W tym czasie przejść do następnego etatu pielęgnacji? Różne opinie można spotkać, a niestety jednoznacznej brak. Ale-ale, aby Wam oszczędzić poszukiwań, podzielę się przepisem na sukces. Najbardziej prawdopodobna wersja mówi o tym, aby użyć produktu w trakcie tych trzech sekund od oczyszczenia twarzy. Ma to zapewnić jak najlepsze nawilżenie skórze. Chodzi wieść, że po oczyszczaniu skóra zaczyna je tracić.

Aby wyrobić sobie opinię na temat tego produktu, używałam go w różnych kombinacjach. Rano i wieczorem, solo (ładna wymówka dla lenia) i jako jeden z kroków w pielęgnacji, a także pod kremy BB. W moim przypadku najlepiej sprawdził się wieczorem. Niezależnie od tego czy stosowałam go w parze z innym produktem czy bez. Miałam wrażenie, że stosowany pod krem BB, po demakijażu zostawiał skórę deczko bardziej suchą niż zwykle. Ciężko teraz powiedzieć po jakim czasie zauważyłam efekt, ale ocenianie go po okresie dłuższym niż miesiąc dopiero ma jakiś sens.


Teraz moja skóra nie krzyczy „pić” chwilę po demakijażu. Pozbyłam się nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Używam serum na poczet przyszłych efektów. Zakup zdecydowanie mogę zaliczyć do udanych. Jedynym minusem może być cena, ale, biorąc pod uwagę wydajność, można ją spokojnie znieść. :)

Znacie ten produkt? A może macie jakiś innych faworytów?

Tak więc jestem i żyję. Moja przerwa była spowodowana głównie potyczką na rynku pracy. Przegrana, musiałam wrócić do życia, co zajęło mi, jak zresztą widać, trochę czasu. Aktywna jestem bardziej na Instagramie, także zapraszam tam. :D

Pozdrawiam,

Szczera Marchewka